Naród „V”

Odkąd pamiętam, dosłownie „od zawsze”, byłem ogarnięty podziwem dla ludzi, którzy potrafili stworzyć własne państwa. I nie mówię o żadnych rewolucjach (choć i to mnie nęci). Mam na myśli ludzi, którzy stworzyli swoje państwa od zera, zaczynając od niczego. Zakładali je na bezludnych wysepkach, które leżały poza wodami terytorialnymi. Na spłachetkach piachu, który pojawił się na środku rzeki, na granicy pomiędzy dwoma państwami, na zagubionych wśród mórz, opuszczonych wieżach artylerii przeciwlotniczej, w samych sercach rezerwatów przyrody, gdzie poważniejsza akcja buldożerów chcących splantować nowy kraj była wykluczona. To jest właśnie to. Mieć własne państwo, własny naród, własne prawo, podatki i konstytucję.
Niestety, w pobliżu miejsca gdzie mieszkam, żadna nowa wyspa na Odrze nie chciała się wyłonić z nurtu. A nawet gdyby stał się cud to z powodu wewnątrzpolskiego położenia i tak stałaby się automatycznie częścią Wrocławia (miasta zresztą ewidentnie wyspiarskiego). Nie pod moją jurysdykcją. Na Bałtyku też nic nowego, ale to może i dobrze. Nie dla mnie morska cisza i odosobnienie – żebym mógł istnieć potrzebuję wysoko rozwiniętej cywilizacji. Ktoś kiedyś nawet powiedział: nierdzewna stal, szkło i chrom: naturalne środowisko Ziemiańskiego.
Sytuacja patowa. Ale nie poddawałem się. Nie będą mi przecież prozaiczne fakty mieszały w życiowych planach. Jestem specem od fikcji i… Tu olśnienie. Skoro nie mogę mieć państwa fizycznego to przecież mogę założyć państwo wirtualne. Postanowiłem, że nie będę posiadał fizycznego terytorium. Od razu stworzę rząd na uchodźstwie. Diaspora będzie naturalnym stanem zarówno dla instytucji państwowych jak i obywateli. Takie rozwiązanie ma wiele plusów. Na przykład: będę mógł wypowiedzieć wojnę największym mocarstwom i natychmiast je zaatakować nie ponosząc przy tym żadnych konsekwencji. Mocarze nie będą mogli przecież odpowiedzieć kontragresją z bardzo prostego powodu: nie będą wiedzieć GDZIE znajduje się moje państwo. Dokąd więc posłać bombowce? Skąd nadchodzi wróg? Ot zagwozdka. Każdą ewentualną wojnę mam z góry, jeśli nie wygraną, to na pewno nieprzegraną! Nie można mnie pokonać i okupować terytorium.
No to zaczynamy. Trzeba tylko wybrać jakąś nazwę dla nowego narodu. Hm… Proponuję „Naród V”. Znak V od dawna jest już wypromowany, a prawa autorskie nie należą do żadnego konkretnego dysponenta. Nazwa krótka, łatwa do zapamiętania w każdym języku na kuli ziemskiej.
Dobrze. Jaki ustrój wybrać? Monarchii przecież nie wypada. OK, decyduję się na demokrację. I teraz tak: jednoosobowy parlament (czyli ja) wybiera ze swojego składu dowolnego przedstawiciela, który będzie rządził państwem na zasadzie prezydencji absolutnej. No skoro jest monarchia absolutna to i prezydencja może być przecież. To prezydent ustali termin następnych wyborów, w których członkowie parlamentu wybiorą ze swojego grona członków przyszłego zgromadzenia, a ci z kolei wybiorą (również z własnego grona) następnego prezydenta. I nie ma się co krzywić: skoro może być parlament jednoizbowy to może być i jednoosobowy – uniknie się przecież wszystkich tych żenujących kłótni i połajanek.
Super. Teraz religia państwowa. To zbyt poważna sprawa, żeby powierzać ją Episkopatowi. Sprawy religii podlegać będą Ministerstwu Finansów. A w co wierzymy? Najlepiej we mnie. Amerykańską religię zwaną scjentyzmem wprowadził kolega po fachu, pisarz science fiction. Powiedział kiedyś, że prawdziwe pieniądze zarabia się nie na pisaniu książek, tylko na religii. I stworzył kościół, który rzeczywiście przyniósł mu krociowe zyski. Ale nie wiem czemu zatrzymał się w pół drogi.
Ja pójdę dalej. Mam przecież innego kolegę po fachu (tym razem architekta) Imhotepa, który został mianowany bogiem w starożytnym Egipcie. Skoro on mógł to i ja mogę, tym bardziej, że piramidy co prawda nie zbudowałem, ale mam wyższy stopień – Imhotep przecież doktoratu nie posiadał.
Przy okazji: datki na tacę są zwolnione z podatku. Ale tylko w przypadku przelewów realnej gotówki, a nie wirtualnych bitcoinów.
Konstytucję państwa mam opracowaną od dawna. Będzie się składała z dwóch punktów:
1. Prawa obywatela.
Każdy obywatel ma zagwarantowane takie prawa jakie chce mieć.
2. Obowiązki obywatela.
Każdy obywatel musi płacić podatki.
I tyle wystarczy. W razie sporów konstytucyjnych można sie zwrócić z pretensjami osobiście do prezydenta. Jeśli jego decyzja komuś się nie spodoba może się odwołać do parlamentu. I koniec z dalszym pieniactwem.
Jeszcze przydałby się jakiś zbiór wartości, do którego można by się odwoływać. Hm. Na przykład: V-landia jest państwem koczowniczym, a każdy nomada może sobie być tam gdzie chce być, pod warunkiem jednak, że czuje się w tym miejscu wolny i szczęśliwy. Jeśli się nie czuje to niech się przeniesie gdzie indziej. A jak dalej nie będzie mu dobrze to niech się sam pozbawi obywatelstwa – malkontentów nie potrzebujemy.
Wszelkie skargi, pretensje, uwagi niech każdy V-landczyk kieruje do władz miejsca, w którym się w danej chwili znajduje. Nie do mnie w każdym razie. Naród V jest bowiem zbiorem wyłącznie ludzi szczęśliwych. A wszelka krytyka może płynąć jedynie od członków tego narodu. Jeśli więc ktoś jest nieszczęśliwy to znak, że V-landczykiem nie jest, a obcym krytykować nas nie wolno. Ot co. Ale fajnie to wywiodłem.
No. To teraz pozostaje mi już tylko sprawić by ten naród powstał.
OK, zgłaszajcie się na ochotnika. Nie musicie niczego podpisywać. W wirtualnym państwie powinna wystarczyć sama chęć.
Zaraz… A co zrobię jak nikt się nie zgłosi? No moment, przecież jestem na samym szczycie hierarchii religijnej. I w związku z tym obywateli mogę sobie stworzyć sam.
Sądzicie, że nie potrafię? Jesteście w błędzie. Państwo wirtualne to i obywatele mogą być wymyśleni. Spoko. Najbliższe sześć dni spędzę na tworzeniu tysięcy wymyślonych profilów na facebooku. Siódmego dnia sobie odpocznę.
I tak będę lepszy. Szef katolików przez sześć dni stworzył tylko dwa profile.