RECYDYWISTA

Skończyłem czwarty tom Pomnika szanownej pani cesarz i czuję się jak walnięty obuchem idealnie w sam środek potylicy. Nie, nie dlatego, że książka jest jakoś tam szczególnie uderzająca. Bynajmniej. Zakończenie pracy jednak zbiegło się z początkiem wakacji, sezonem, jeśli chodzi o spotkania autorskie czy działalność wydawniczo marketingową, idealnie martwym. To czas kiedy milkną telefony, przychodzi bardzo mało maili i nie trzeba na nie odpowiadać pisząc w kolejce po chleb czy ze środka parkingu. Nic nie jest pilne, ważne, wymagające natychmiastowych działań i decyzji. Żegnajcie więc chwilowo wszystkie lotniska, dworce podziemnych kolejek, nocne rajdy samochodowe, do widzenia hotele o przeróżnych standardach, położone w przeróżnych miastach. Pa, pa…

Witajcie wakacje! To wolność, wolność, wolność nareszcie!

Tylko dlaczego jestem taki jakiś osowiały?

Przecież praca człowieka, który żyje z pisania książek nie jest jakoś tak szczególnie intensywna. Po pierwsze we własnym domu, po drugie to jakieś trzy, cztery godziny dziennie, z wyłączeniem wszelkich dni wolnych, a nawet z dodaniem własnych, tych „kiedy się nie chce”, albo „w głowie łupie strasznie”. :-) Mówię tu oczywiście o pracy fizycznej, o klepaniu w klawisze. Umysłu nie da się wyłączyć, więc można nawet mówić o dniówce całodobowej, przez siedem dni w tygodniu, ale… nie przesadzajmy z tym zaangażowaniem. Bardziej niż o galerach możemy tu mówić o komforcie rzadko raczej spotykanym w innych formach zatrudnienia. Skąd więc to czerwcowe zagubienie?

Długo szukałem odpowiedniego porównania i nareszcie znalazłem. Ja po prostu czuję się jak recydywista wypuszczony właśnie z więzienia! Ni stąd ni zowąd, zupełnie nagle wszechogarniająca wolność. Bez ostrzeżenia, bez przygotowania, z tyłu zatrzaskuje się brama, a z przodu cały świat stoi otworem. Niczego nie trzeba robić, nie ma żadnych obowiązków, przepisów, nakazów, zorganizowanego porządku dnia. Nic. Pustka. I spowodowane nią zagubienie.

A mój organizm reaguje dokładnie tak jak organizm recydywisty. A może by tak wejść w konflikt z prawem? Przynajmniej będzie się coś działo.

Ale jak? Z tym to u mnie raczej nie ma problemu. Po bez mała napadzie rabunkowym na stację benzynową Aral przyjechała po mnie brygada antyterrorystyczna, aresztowała mnie (dla kompletu, razem z nieletnią córką) i zawieźli „do więzienia”. Niestety pozostali głusi na moje nalegania, żeby zamknąć mnie w pancernej celi pod strażą uzbrojonych funkcjonariuszy, bo inaczej nie zdobędę przecież szacunku u innych więźniów. Nie chcieli również pizzy dla całej komendy, ani wieczoru autorskiego. Bezczelnie uznali chyba moje racje bo po paru godzinach wypuścili mnie i moją nieletnią córkę też. A jak się to całe zajście skończyło? Cóż… minęło parę lat i sieci stacji Aral w Polsce już nie ma. A ja ciągle jestem. :-)

I w ogóle z przestępstwami mam pewien problem. Odpowiednie władze często na nie nie reagują w sposób właściwy. Na przykład kiedyś się założyłem z kolegą, że zaparkujemy na samym środku schodów prowadzących do monumentalnego gmachu Urzędu Wojewódzkiego. Wjechaliśmy, stanęliśmy na środku, z wielkim trudem bo stopnie dla auta były jednak wysokie, wysiedliśmy i czekamy. Pięć minut, dziesięć, kwadrans… I co? Pies z kulawą mogą się nami nie zainteresował. Ludzie mijali samochód obojętnie, bez cienia zainteresowania, od czasu do czasu ktoś tylko spojrzał nie zmieniając wyrazu twarzy.

Z parkowaniem zresztą zawsze miałem kłopoty. Ostatnio pojechaliśmy z żoną na uroczyste otwarcie nowego, reprezentacyjnego budynku tuż przy ogrodzie botanicznym. Oczywiście zatrzymać się nie ma gdzie.  Ale tuż przy samym wejściu, przy czerwonym dywanie z barierkami owiniętymi aksamitem stoją trzy przepiękne samochody i tam jest trochę miejsca. Niewiele myśląc zaparkowałem jako czwarty. Ochroniarze rzucili się w moją stronę, ale wymiękli widząc jak wysiadam w garniturze i pod krawatem. Widać przecież, ze nie przyjechałem grandzić tylko wysłuchać wykładów o designie. Nic. Raut był bardzo udany. Niestety w połowie mniej więcej, na scenę wyszedł sponsor imprezy i powiedział, ze zaprasza do oglądania samochodów, którymi diluje, a trzy z nich są pokazane na specjalnej wystawie przed budynkiem.

- Ale tam są cztery! – wyrwało się komuś.

No tak. Zaparkowałem dokładnie na środku wystawy salonu samochodowego sponsora. No i jakoś nikt się nie czepiał.

A moja żona na przykład potrafiła dostać mandat od policji za złe parkowanie ZANIM jeszcze dostała prawo jazdy. No ale to ja od dziecka byłem przez rodziców szkolony do piractwa drogowego. Miałem jedenaście lat kiedy zrobiono mi pierwsze zdjęcie (w 1971 roku) w chwili kiedy przekraczam (jeszcze pod opieką rodziców) dozwoloną prędkość. No cóż, to doświadczenie dzisiaj procentuje.

Ale rozpisałem się w dygresji. Wracając do tematu głównego, czuję się jak recydywista nie tylko dlatego, że ciągnie mnie na złą drogę. Podobieństw jest więcej. Zarówno on jak i ja szybko powrócimy tam skąd wyszliśmy. Wakacje, nawet najdłuższe, szybko się skończą. I znowu zaczną się maile, telefony, poczekalnie na lotniskach, dworcach, nocne rajdy samochodem. Spotkania, esemesy, konferencje, szkolenia. Będę odpowiadał na maile stojąc w kolejce po chleb i ze środka parkingu. I tak jak recydywista nieuchronnie znajdzie się na powrót w więzieniu, ja, nieuchronnie, na powrót znajdę się w kieracie, który sam na siebie założyłem.

I już się do tego nawet przyzwyczaiłem. Nie mogę tylko zrozumieć jednej rzeczy: wakacje dopiero się zaczęły, a ja już tęsknię za rock and rollem.

 

Na zdjęciu autor w 1971 roku – przyłapany na łamaniu przepisów ruchu drogowego w wieku jedenastu lat.

(siedzę na tylnej kanapie)

 

dowód przestępstwa