6 lat… jak wojna

Chciałbym napisać, że zakończenie całego cyklu powieściowego „Pomnik cesarzowej Achai” spadło na mnie jak grom z jasnego nieba, ale nie byłaby to prawda. Pięć tomów to sześć lat pracy, kilka niezwykłych podróży, które pozwalały mi złapać dystans i otwierały na nowe pomysły, rodziły nowe postacie. To w końcu grubo ponad pięć milionów znaków. Jak długo wklepuje się milion znaków? Teoretycznie ponad pół roku.

Przypominam sobie dokładnie moment, w którym zaczynałem pisać pięcioksiąg (w zamyśle trylogię – ha, ha, ha). Moja świadomość znajdowała się wówczas w zupełnie innych rejonach i nigdy, w żadnym możliwym wariancie nie przewidywałem gdzie mnie to wszystko zaprowadzi.

Fajne były podróże, właściwe śledztwa dotyczące poszczególnych bohaterów i różnych miejsc. Szczególnie pamiętam rozmowę na Kubie z miejscowym, którego wypytywałem o historyczne postacie.

- A czemu tak się interesujesz akurat Che Guevarą? – zapytał.

- Bo to ostatni z romantycznych partyzantów – odrzekłem wymijająco.

- Ale ty wypytujesz o takie szczegóły i drobiazgi… – mruknął z nutą podejrzliwości. – Po co ci to?

Postanowiłem wyznać prawdę.

- Piszę książkę.

- Historyczną?

No i jak mu to wytłumaczyć? W pewnym sensie może i historyczną. Z tym tylko, że mój Che Guevara będzie się nazywał „Koleś” Varik. Ale wszystkie szczegóły postaci zachowam. Także tło. Z niewielką różnicą. Ostatni, romantyczny partyzant będzie walczył na innej planecie.

Podobnie było w Xinping nad wijącą się wśród mogotów rzeką Li. W końcu mój rozmówca zainteresował się dlaczego zamiast komentować „zajebistość” niepowtarzalnego krajobrazu dopytuję go o możliwości spławu ciężkiego sprzętu. Konkretnie chodziło mi o to czy da się w prosty sposób spiętrzyć wodę by móc pokonać płycizny.

Na szczęście Chińczyk za słabo znał angielski by mu tłumaczyć, że właśnie tą rzeką Wojsko Polskie wraz z armią Cesarstwa Arkach będzie transportować oddziały i zaopatrzenie na wojnę z Nayer, gdzieś daleko za Złymi Ziemiami. No i oczywiście cała akcja będzie się rozgrywała w trochę innym świecie.

A czasami było odwrotnie. Najpierw opisałem jakieś miejsce, a później, podczas jakiejś wycieczki je zobaczyłem. Tak było na Fuerteventurze. Chcieliśmy uciec od turystów i udało nam się znaleźć takie miejsce. Trzeba było przedzierać się przez górskie przełęcze, wąziutką, szutrową drogą, która wiła się nad przepaściami, a potem przeżyć długi odcinek kompletnego offroadu. Wypożyczyliśmy jeepa śmiejąc się, że pojazd pamięta chyba jeszcze czasy Rommla i nie ma znaczenia, że Rubikonów wtedy jeszcze nie produkowano. Na pewno dla nas przechowano prototyp z tamtych lat (przez cały czas intensywnie użytkowany – sądząc po tym jak się powoli rozpadał na wybojach). W końcu jednak dowiózł nas do bezludnego miejsca, gdzie było tylko morze, szeroka plaża i posępne, wysokie góry. Dokładnie tak opisałem cesarską prowincję Kong. Gdzieś za horyzontem był jeden jedyny budynek w okolicy – niemiecka willa, w której podobno robiono operacje plastyczne uciekającym do Ameryki Południowej hitlerowskim zbrodniarzom. Nie wiem czy to prawda ale miejsce idealnie się do tego nadawało. Ja jednak widziałem tylko na szczycie najbliższej góry bibliotekę zakonną Brethe. Nareszcie znalazłem właśnie to miejsce.

 

Zmieniając temat: wszystkie cztery tomy pisałem mniej więcej od połowy września do końca kwietnia. Z małymi obsuwkami, rok po roku. Aż przyszła kolej na tom piąty. Ten powstawał dwa razy dłużej. Nie było to spowodowane ani moim lenistwem, ani wyczerpaniem. Niestety w najbliższej rodzinie zdarzyła się ciężka choroba i jej późniejszy, nieuchronny koniec.

Doprowadziło to jednak do przekroczenia wszelkich możliwych terminów. No i ogólnego zmęczenia. Zrozumiałem, ze muszę gdzieś wyjechać na dłużej i oczyścić umysł. Dzwonię więc do wydawcy, żeby go uprzedzić.

- Słuchaj, spadam stąd. Powieść jeszcze nie ukończona, ślę ci to co mam, więc jakby mnie zabili jacyś terroryści, niech książkę dokończy za mnie X – powiedziałem wymieniając nazwisko znanego autora ze stajni Fabryki Słów.

Wydawca początkowo dowodził, że niebezpieczeństwa nie ma bo fundamentaliści obrali sobie za cel właśnie Europę i co najwyżej będziemy się mijali na lotniskach, po chwili jednak dał wyraz swojemu zaskoczeniu.

- Ale dlaczego właśnie X? - zapytał. – Przecież on pisze w zupełnie innym stylu.

- Styl jest bez znaczenia – odparłem. – Ale to jedyny ze znanych mi pisarzy, który przed stworzeniem zakończenia pięcioksięgu zada sobie trud przeczytania czterech poprzednich tomów.

I poleciałem w siną dal.

 

Wróciłem jednak zastając na miejscu machinę wydawniczą w pełnym ruchu. Okładka oraz ilustracje były już zamówione. Trasa promocyjna została szczegółowo ustalona. Redakcja dotychczasowego materiału już trwała. W jej trakcie dosyłałem kolejne sceny, aż doszło do przedostatniej. I tu nastąpiła kuriozalna sytuacja.

- Andrzeju – zadzwoniła do mnie redaktorka. – Po raz pierwszy w historii literatury redakcja jest już skończona, a książka jeszcze nie. Wyobrażasz to sobie?

- Przegoniłaś mnie?! – zapytałem głupio.

No tak. Redakcja skończona. Dwie korektorki traciły nerwy, dział produkcji przestał się odzywać. Drukarnia odmawiała klejenia tak grubej książki, trzeba było znaleźć inny rodzaj papieru. Czytelnicy obrażeni zbyt długim czekaniem przestali przysyłać maile: „kiedy 5 tom, ty s[…]u?!!!”. Ot, zwykłe zawirowania na finiszu. Był czas przywyknąć.

Każde dzieło znajduje jednak swój koniec.

Premiera w maju.