Czy jest nam dobrze, czy raczej jest nam źle?

Wśród wielu pytań, które często mi zadają różni ludzie jest jedno, które niezmiennie mnie zaskakuje. „Czy zdaje pan sobie sprawę, że tworzy literaturę dla pokrzepienia serc?”.

Przyznam, że za pierwszym razem, kiedy to usłyszałem po prostu spadły mi buty. Dla pocieszenia serc pisał przecież pan Sienkiewicz. Polski wtedy w ogóle nie było, a w jej byłych granicach żyło się źle, panowała bieda i zacofanie. Okupanci usiłowali germanizować albo rusyfikować, Polacy jako obywatele drugiej kategorii rożnych imperiów byli traktowani z góry, zamykano im drogę do karier czy też znaczenia politycznego. Nie mogliśmy sami o sobie stanowić, znaleźliśmy się na marginesie prawdziwego życia. Nawet mówić o tym nie za bardzo było można, bowiem cenzura szalała. No i „organa” z całym zestawem szykan i represji czyhały.

A teraz?

Komu niby mam pokrzepiać serca? Ludziom, którzy żyją w kraju wolnym, przodującym w rankingach, którzy własnym staraniem obalili opresyjny system? Komu jeszcze na świecie udała się taka sztuka? Czemu nie ma w nas świadomości dziejowego zwycięstwa? Sami to sobie przecież zafundowaliśmy. Nikt inny pierwszy nie podniósł ręki. I jak zwykle, dopiero potem, naśladowców znalazło się wielu, którzy na przetartym już szlaku też dzielnie „gromili” kogo trzeba i nie trzeba.

Komu mam więc pokrzepiać serca? Zwycięzcom?

Czy tym, którym dzisiaj żyje się na tyle dobrze, że kupują książki? (wiadomo: nie jest to artykuł pierwszej potrzeby, a jedynie narzędzie rzekomego „pokrzepiania”). Nie mogę zrozumieć malkontenctwa. Nie mogę też zrozumieć potrzeby pokrzepiania kogokolwiek w czymkolwiek.

Malkontenctwo stało się naszą drugą naturą. Ilekroć na spotkaniu autorskim odważę się powiedzieć, że w Polsce jest dobrze, atmosfera momentalnie tężeje. Podobnie na wykładach. Zupełnie jakbym naruszał jakieś tabu. Tego nie wolno mi powiedzieć. Kiedy się jednak odważę i zadam pytanie: ludzie, dlaczego wam jest źle? To słyszę w odpowiedzi, że w innych krajach jest lepiej. To żaden argument bo można odpowiedzieć: ale w przytłaczającej większości krajów na kuli ziemskiej jest gorzej. I co z tego wynika? Nic.

Pewien znajomy Anglik powiedział mi niedawno, że Polacy mają „poważne twarze”. Wszędzie, na ulicy, w pasażach handlowych, nawet w kawiarniach. Poruszają się jakby w stanie ciągłego napięcia, w gotowości do wrogiej reakcji. Hm… Może nie dotarło do nas, ze walka już się skończyła? Może spodziewaliśmy się, że po ogłoszeniu niepodległości i zasad wolnego rynku każdy z nas dostanie willę i złotego mercedesa? A może inaczej: drażnią nas wille i mercedesy tych, którzy się ich dorobili?

Pojechałem na przyjęcie przy grillu, a tam od razu wywiązała się dyskusja na temat niższości Polaków od całej reszty ludzi. Jako przykłąd podano autosrady: że wąskie, że ogólnie złe i że tworzą się korki przed bramkami,w których trzeba czekać nawet godzinę. Nie to co autostrady niemieckie… Rozmawiają sami teoretycy, z których żaden po autostradach nie jeździ. Ani polskich, ani niemieckich. Ale gadają, wedle słów Anglika, z „poważnymi twarzami”, prawie pół godziny. Ja sam spędziłem na autostradach (polskich, niemieckich i ogólnie: europejskich) wiele, wiele dni. Nie mogę ścierpieć tych bzdur wyssanych z palca. Ale mówię: tak, macie rację, autostrady w Polsce są do chrzanu, wąskie i z korkami gdzie trzeba stać i godzinę. Nie to co w Niemczech. Tam są szerokie, beton aż po horyzont, wielkie jednym słowem. A i korki niemieckie lepsze. Taki „stau” może trwać nie godzinę jak u nas, ale cały dzień! Helikoptery nad głowami latają, ale nic nie wnoszą. Zdesperowani Niemcy wychodzą z aut i sikają na wewnętrznym pasie dzielącym jezdnie. Wszystko dokładnie widać, jak kto ciekawy takich widoków. I dowodzi to jedynie nierównego traktowania kobiet w Niemczech, ponieważ bab sikających między sznurami aut nie zauważyłem.

Myślicie, że ktokolwiek zwrócił uwagę na ten głos? Nie. Teoretycy autostradowi dalej rozprawiali o niższości wszystkiego co polskie wypływając na szerokie wody oceanu absurdu. Zresztą, ja i tak jestem uważany za optymistę, a u nas to rodzaj szczególnie szkodliwego wariata.

Ale tak jest ze wszystkim. Mówiąc o wspaniałej medycynie w Ameryce każdy myśli, że zostanie tam potraktowany jak pacjenci doktora House’a. Bo z serialu czerpie wiedzę na ten temat i nie zastanawia się skąd się wziął na przykład Obamacare, ani co to jest i dlaczego nie działa. Owszem, w Stanach jest wspaniała medycyna. Dla tych, którzy mają dużo pieniędzy. Ale i w Polsce jest dobra – tak samo silnie uzależniona od grubości portfela. Wszędzie identycznie – od jednego bieguna do drugiego.

Wielu ludziom ciężko zrozumieć, że jak mają coś „za darmo” czy na zasadzie powszechności, to z automatu przestają być klientami. Sami stają się towarem. Jak mawiał świętej pamięci Steve Jobs.

Reasumując więc ten przydługi wywód. Czy jest nam dobrze (poza malkontentami) i nie trzeba nikomu pokrzepiać serc, a więc ja tego czynić nie mogę? Czy też jesteśmy na dnie upadku, a moją rolą jest upowszechnianie fikcyjnej wspaniałości jak to czynili autorzy z czasów upadku prawdziwego?

Nie ma nikogo obiektywnego kogo mógłbym spytać. Kogoś kto nie zna dzisiejszych realiów, kto nigdy nie miał wypchanego portfela, żeby być lepiej traktowanym, ale kto zna nasz kraj i jego sprawy w całej rozciągłości. Niestety, nie ma nikogo takiego. Nie mam żadnej skali porównawczej, by dowiedzieć się czy pokrzepiam czy nie.

Po chwili namysłu jednak zmieniłem zdanie. Jest!

Spośród szpargałów w zakurzonej szafie wyjąłem zdjęcie dziadka, z okresu kiedy w legionach walczył o wolną ojczyznę. Zeskanowałem je, zaparzyłem sobie filiżankę aromatycznej kawy i wyluzowany usiadłem w miękkim fotelu. Powiększyłem obraz na ekranie tak, by twarz osiągnęła swój naturalny rozmiar. A potem zadałem pytanie:

- Dziadku, powiedz. Czy jest nam dobrze, czy raczej jest nam źle?

Dziadek w Legionach