Jestem zbójca Gębon pokonany

Stanisław Lem zwany Wielkim, chełpił się, że przewidział znaczące kierunki rozwoju cywilizacji. I można się z tym właściwie zgodzić. Owszem mylił się w szczegółach, na przykład jeśli opisywał rozwiązania techniczne. Do dziś pamiętam scenę z „Powrotu z gwiazd”, w której do bohatera siedzącego przy stoliku w restauracji podchodzi robot i mówi: „przepraszam najmocniej, ale jest do pana telefon, można odebrać w hallu”. No OK. Robotów do dziś nie mamy, a sprawę nagłego telefonu w restauracji rozwiązano wprowadzając do użytku aparaty komórkowe. Ale szczegóły można darować – każdy kto opisywał technikę przyszłości wyglebił się dramatycznie by wspomnieć choćby tłumacza automatycznego w „Kantyczce dla Leibowitza” Millera. Nie szczegóły są ważne tylko wizje. A te u Lema były naprawdę poruszające intelektualnie.
Jedną miał wszakże Mistrz do siebie pretensję. Nie przewidział Internetu. Owszem, wspominał coś tam o centralnym megakomputerze, o maszynach zyskujących świadomość, łączach telekomunikacyjnych obejmujących świat, ale globalna sieć nie przyszła mu do głowy.
Co gorsze, kiedy się pojawiła w rzeczywistości Mistrz nie był zachwycony. Było mi przykro nie zgadzać się z Mistrzem. Dla mnie Internet to było coś nieprawdopodobnego, poczułem się jakby mi urosły skrzydła. Czułem, ze pojawi się nowa umysłowość, ba, osobowość sieciowa i drżałem ze strachu, żeby nie odstawać. Dlatego stałem się nawet jednym z pionierów zakładając w sieci pierwsze polskie pismo literackie, zajadłym propagatorem tworząc „Projekt Rej” oraz entuzjastą. Dzisiaj nie wyobrażam sobie istnienia bez sieci. Plusów nie sposób wymienić, zbyt ich dużo. A z minusami można sobie radzić. Nauczyłem się nawet perfidnie cieszyć z ich istnienia czytając teksty hejterów w celu poznania i napawania się tak szerokim spektrum kompleksów, frustracji, zazdrości i nieudacznictwa, które w każdym, wyrzyganym akapicie ujawniają.
Męczy mnie jednak dlaczego Mistrz Internet odrzucał. Czyżby przewidział coś o czym ja jeszcze nie wiem? A może wiem, tylko nie zdaję sobie sprawy. I nagle doznałem olśnienia: Lem Internet niestety przewidział, a konkretnie jego rolę informacyjno-kulturową.
Powróciłem do lektury opowieści pod tytułem „Wyprawa szósta czyli jak Trurl i Klapaucjusz demona drugiego rodzaju stworzyli, żeby zbójcę Gębona pokonać”. Włosy stanęły mi dęba. Otóż stary tekst ten traktuje o tym jak dwaj dzielni konstruktorzy zbójcę Gębona pokonali, który ich do pułapki zwabił i przytrzasnął w swojej piwnicy. Okazało się, że bandyta o wielkiej gębie, zwany przez tubylców Dyplojem, jest istotą wybitnie wykształconą, a „Dyploj” to zniekształcone słowo „dyplom”, które łupieżca nawet na jakiejś akademii zbrodni otrzymał. I dlatego nie pożądał złota ani dóbr materialnych: rabował tylko informację. Ale za to w ogromnych ilościach i na każdy temat. Sprytni konstruktorzy stworzyli więc dla niego specjalna maszynę zwaną Demonem Drugiego Rodzaju, która na wielkiej, papierowej taśmie, brylantowym rysikiem zaczęła spisywać każdą informację, na każdy temat – po prostu: wszechinformację na temat wszystkiego. W ten sposób konstruktorzy załatwili zbójcę, a sami spokojnie udali się w dalszą podróż.
No zaraz? – zapytacie. No to jak zbójcę załatwili? Czy informacja spisywana przez demona była nieprawdziwa? Oszukali go? Ależ nie. Była tylko i wyłącznie prawdziwa. Same fakty. I to z całego wszechświata.
Pora więc wyjaśnić. Lem przewidział internet, a konkretnie jego rolę informacyjną i przestraszył się. Od chwili kiedy to zrozumiałem sam lubię nazywać się zbójcą Gębonem pokonanym. A Demona Drugiego Rodzaju stworzyli nie Trurl i Klapaucjusz ale Tim Berners-Lee oraz Robert Caillau wymyślając protokoły WWW.
Jeśli dalej nie wiecie dlaczego Gębon został pokonany to zerknijcie na cytat jakich treści dostarczał mu demon (i porównajcie z treściami, których dostarcza wam internet).

Cyt: „…czytał o tym, jak się wije arlebardzkie wiją i że córka króla Petrycego z Labaudii zwała się Garbunda, i co jadł na drugie śniadanie Fryderyk II, król bladawców, nim wojnę wypowiedział Gwendolinom, i ile powłok elektronowych liczyłby sobie atom termionolium, gdyby taki pierwiastek był możliwy, i jakie są wymiary dziurki tylnej małego ptaszka, zwanego kurkucielem, którego na swych rozamforach malują Marłajowie Wabędzcy, jak również o trzech smakach poliwonnych szlamu oceanicznego na Wodocji Przyzrocznej, i o kwiatku Łubuduku, który myśliwych staromalfandzkich wali siarczyście na odlew, świtem wzruszony, i jak wyprowadzić wzór na dostawę kąta podstawy wieloboku, ikoseadrem zwanego, i kto był jubilerem Fafucjusza, rzeźnika mańkuta Buwantów, i ile pism filatelistycznych będzie wychodziło w roku siedemdziesięciotysięcznym na Morkonaucji, i gdzie znajduje się trupek Cybrycji Kraśnopiętej, którą gwoździem przebił po pijanemu niejaki Malkonder, i czym się różni Maciąg od Naciągu, a także kto ma najmniejszą w Kosmosie pielownicę wzdłużną i dlaczego pchły smoczkotyłkie mchu jeść nie chcą, i na czym polega gra zwana Balansyer Zadni Ściągany, i ile było ziarenek lwichwostu w tej kupce, co ją Abrukwian Polistny nogą trącił, kiedy się pośliznął na ósmym kilometrze szosy albacjerskiej w Dolinie Wzduchów Szedziwych – i pomału diabli go zaczynali brać, bo już mu świtało, że wszystkie owe całkiem prawdziwe i ze wszech miar sensowne informacje zupełnie nie są mu potrzebne, gdyż robił się z tego groch z kapustą, od którego głowa pękała, a nogi drżały. A Demon Drugiego Rodzaju działał z szybkością trzystu milionów informacji na sekundę i milami skręcała się już papierowa taśma, i z wolna pokrywała zwojami zbója dyplomowanego, omotując go jakby białą pajęczyną, a brylancik pisaka drgał jak szalony i wydawało się zbójowi, że zaraz już dowie się rzeczy niesłychanych, takich, które mu oczy na Istotę Bytu otworzą, więc wczytywał się we wszystko, co leciało spod brylancika, a były to pieśni opilcze Kwajdonosów i rozmiary pantofli nocnych na kontynencie Gondwana, z pomponami, i grubość włosów, które rosną na czole miedzianym paciornika węburczego, i szerokość ciemiączka mowląt pasiebnych, i litanie zaklinaczy harmęckich dla obudzenia wielebnego Ćpiela Grosipiulka, i owerdiery diukońskie, i sześć sposobów warzenia zupki grysikowej, i trutka dobra na stryjny, i sposoby łechtania ckliwego, i nazwiska obywateli Bałowierni Cimskiej na literę M się zaczynające, i opisy smaku piwa grzybkiem nad – psutego…
Aż mu w oczach zamrowiło i wrzasnął wielkim głosem, bo miał dość, lecz już go Informacja trzystu tysiącami mil papierowych spowiła i spętała, że nie mógł się ruszyć i musiał czytać dalej, o tym, jaki początek drugiej “Księgi dżungli” napisałby Rudyard Kipling, gdyby go wtedy brzuch bolał, i o czym myśli zmartwiony niezamęściem wieloryb, i jakie są zaloty miłosne muchatek trupnych, i jak można załatać stary worek, i co to jest strzybło, i czemu się mówi szewc i krawiec, a nie krawic i szewiec, a także ile można naraz mieć siniaków. Potem zaś przyszła długa seria rozróżnień między trelami i morelami: że pierwsze są łyse, a drugie mają włoski, a dalej – jakie są rymy do słowa “kapustka” i jakimi słowy obraził papież Ulm z Pendery antypapieża Mulma, i kto ma grajnicę grzebienną. Wtedy bardzo już rozpaczliwie usiłował się wydobyć z matni papierowej, lecz rychło osłabł; odpychał taśmy, darł je i odrzucał, lecz miał zbyt wiele oczu, aby się chociaż przed niektóre jakieś nowe nie dostały informacje, więc z musu się dowiedział, jakie są kompetencje stróża domowego w Indochinach i dlaczego Nadojderowie z Flutorsji wciąż mówią, że ich zawiało. Lecz wtedy zamknął oczy i znieruchomiał, przywalony lawiną informacyjną, a Demon dalej owijał go i spowijał papierowymi bandażami, karząc straszliwie zbója Gębona dyplomowanego za jego łapczywość bezmierną wiedzy wszelakiej. [...]”

Stanisław Lem, Cyberiada, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 1978