Premiera książki w Polsce

Pamiętam piękne, dawne czasy, kiedy o tym co dzieje się na Zachodzie czytało się z wypiekami na twarzy, w prasie, która zajmowała się przedrukiem anegdot dotyczących zgniłego świata kapitalizmu rozkładającego się na naszych oczach. Ach, co to był za piękny rozkład! Podobno tam wszystko działo się szybko. Podobno coraz szybciej. I to wcale nie było ich ostatnie słowo. A my? Szarzy uczestnicy socjalistycznego nudnawego spektaklu mogliśmy tylko marzyć.

Wydawanie książki wyglądało trochę inaczej niż tam. Zakładam, że komuś bardzo się poszczęściło i zdołał jakoś umieścić książkę w wydawnictwie – to znaczy maszynopisu nie wyrzucono do kosza ale wysłano do recenzji. Najpierw sito redakcyjne, bo nie mówimy o autorze, który szedł drogą awansu partyjnego na literata, ani o żadnym z bardzo licznych TW, których promowała ubecja. Mówimy o zwykłym człowieku: książkę napisał, złożył i cudem jakimś nie zbyto go wysyłając na śmietnik. Pierwsza recenzja: pół roku. Potem spotkanie, dyskusja, i druga recenzja: następne pół roku. Zapytacie dlaczego nie złożyć od razu książki w kilku wydawnictwach? Hm, nie przyszłaby wam ta odpowiedź do głowy, a brzmi ona: skąd wziąć tyle maszynopisów? Każde wydawnictwo żądało trzech sztuk, na maszynie przez kalkę dawało się stworzyć jednorazowo tylko cztery. Jeden jedyny (na świecie) zostawał u autora.

Zakładam dalej, że szczęście dalej nie opuszcza autora. Po roku ma więc dwie pozytywne recenzje, pod długich naradach redakcyjnych zostaje umieszczony w planie wydawniczym i za jakieś dwa trzy lata, książka ukazuje się na rynku. I, w zależności od obranego gatunku literackiego, nawet po dwóch dniach z niego znika. To jedno udawało nam się szybko, przynajmniej jeśli chodzi o fantastykę naukową.

Nie piszę tu oczywiście o ekstremach. Słyszałem, że niektórzy czekali na druk i pięć lat i piętnaście nawet. Ograniczam się do przeciętnej.

Potem, na szczęście czasy zmieniły się diametralnie. Kapitalizm jak Hannibal stanął u bram, a my ochoczo poddaliśmy mu twierdzę. Wszystko nareszcie zaczęło przyspieszać. Najpierw zamiast recenzji zaczęła wystarczać jedna błyskawiczna opinia. Potem o wydaniu następnej pozycji zaczęły decydować wyniki sprzedaży poprzedniej. Nikt już nie potrzebował żadnej recenzji. Potem, było jeszcze lepiej, zaczęło się podpisywać umowy na książki, których w ogóle jeszcze nie było. Praca redaktorska nad poprzednią książką trwała w czasie pisania następnej. A potem, kiedy zastanawiałem się co jeszcze może przyspieszyć…

A potem czas się zawinął.

Zrozumiałem, że żyję w kilku rzeczywistościach naraz. I od razu udowadniam, że nie zmyślam. Otóż premierą drugiego tomu „Pomnika cesarzowej Achai” wydawca zapowiedział na 20 lutego. Książek na rynku jeszcze nie ma, ja nie dostałem egzemplarzy autorskich, czekam więc cierpliwie. Zerkam sobie do sieci z ciekawości, a tu pierwsze zaskoczenie. Książka na rynku już jest. Po chwili przychodzi uspokojenie. OK, to tylko wersja elektroniczna, wypuszczona wcześniej i to w dobrej, promocyjnej cenie. Fajny zabieg marketingowy. Przedpremierowo można kupić taniej.

Ale szukam sobie dalej. I nagle zdziwienie. Ależ nie. Wersja papierowa już także jest na rynku. Nie mam jeszcze własnych egzemplarzy ale mogę sobie kupić kilka na Allegro. A mnie nachodzą wątpliwości. Czy ktoś wypuścił na lewo książkę z drukarni? Z hurtu? Transportu? A może jednak wszystko tak przyspieszyło, że czas się rozdwoił tworząc rzeczywistość alternatywną, gdzie drugi tom już od dawna jest?

Sprawdzam na popularnym serwerze wymiany plików. Książki w druku nie ma oficjalnie, a tam już jest. Za darmo. I to od bardzo dawna. Skąd wyciekły pliki? Przecieram oczy ze zdumienia i szukam dalej. Nikt jeszcze nie myśli o audiobooku (bo brak w opowieści zakończenia przecież) a wersja audio już jest do ściągnięcia. Wymiękłem. To już nie mogło przecież znikąd wyciec. Po protu czas przekroczył prędkość światła i zacząłem żyć w kliku równoległych rzeczywistościach. Drugi tom Pomnika JEDNOCZEŚNIE ukazał się już dawno, dopiero się ukaże, właśnie się ukazuje, zdążył się już spiracić mimo, że nikt go jeszcze nie widział. Spoko majonez. Pętle czasowe zwykłem jeść na śniadanie.

I szczerze mówiąc bardzo mnie ta sytuacja cieszy. Nie należę do tych, którzy popierają Kazika ani Hołdysa i nie będę narzekał na piractwo. Naprawdę lubię ludzi zaradnych. I jeśli ktoś zadał sobie tyle trudu, żeby przeczytać i udostępnić książkę innym to właściwie zasługuje na uznanie.

Przyznam, że kolekcjonuję takie rzeczy i przechowuję w pamięci. Pamiętam jak kilka lat temu działacz związku kynologicznego (który książek raczej nie czyta) powiedział mi, że zaskoczył go pewien fakt. Od pewnego czasu, wiele suk dostaje imię Achaja. A on sam nie wie skąd ta nowa moda, przedtem tego imienia w rejestrach w ogóle nie było.

To, że powstają kolekcje mody, utwory muzyczne, a nawet restauracje pod tą nazwą również mnie bardzo cieszy. Ale nic nie przebije pseudonimów studenckich. Otóż weszła nie tak dawno w życie ustawa o ochronie danych osobowych. I dziekanaty straciły możliwość wywieszania w publicznych miejscach list z ocenami studentów. Ci dostają więc do wyboru: albo wpisze się tam ich numery Pesel albo sami wymyślą sobie pseudonimy. No i stało się. Znam uczelnię, na której trzeba było wprowadzić dodatkowo numery kolejne bo po kilka studentek na roku wybierało sobie ksywę Achaja.

Tak, że Chomikowe wyprzedzenie czasu i ściągniecie drugiego tomu z przyszłości do czasów przed premierą również mnie cieszy. Skądinąd wiem, że na tym serwerze węszy jakaś firma adwokacka domagając się odszkodowań. Pragnę wiec złożyć oświadczenie: zobowiązuję się przyjść na każdą rozprawę wytoczoną piratom i powiedzieć, że nie będę od nich niczego rościł i nie mam żadnych pretensji. Skoro robią to za darmo, dla dobra wszystkich, więc mają moje błogosławieństwo.

 

Na szczęście trzeci tom istnieje cięgle w dużej części wyłącznie w mojej głowie. Nikt go stamtąd nie wyciągnie na allegro. Ale… Zaraz, zaraz. A jednak sprawdzę. W razie czego ściągnę sobie gotowy plik i zaoszczędzę dalszej roboty.