Miłość i…

Stanisław Lem biadał kiedyś, że natura pomieszała w człowieku rzeczy najpiękniejsze z, oględnie mówiąc, nie najbardziej ciekawymi. Otóż organy, których człowiek używa do uprawiania miłości, najpiękniejszej rzeczy łączącej kobietę i mężczyznę, służą również (a może przede wszystkim, jeśli brać pod uwagę częstotliwość) do… wydalania. Miłość i defekacja – dwa w jednym.
Kultura oczywiście robiła wszystko by jednak uwznioślić fatalny stan rzeczy. Robiła to na kilka sposobów. Na przykład uszlachetniając miłość i sprowadzając ją wyłącznie do wzniosłych uczuć, kompletnie bez seksu. Oficjalna linia kultury sprowadzała się do hasła: „nie wiadomo skąd się biorą dzieci”. Trochę ta linia zwiodła nas na manowce. Skoro bowiem kochamy się wyłącznie platonicznie to znaczy, że vagina i penis nie istnieją jako atrybuty piękna, a więc nie ma sensu wymyślać im jakichkolwiek pięknych nazw. Takie podejście pokutuje tym, że do dziś właściwie możemy te części ciała nazywać albo naukowo, albo wulgarnie, względnie każda para wymyśla sobie własne nazwy. No niestety, skutkowało to między innymi problemami takimi jak w epoce wiktoriańskiej kiedy córka pytając matkę co ma robić podczas nocy poślubnej, słyszała w odpowiedzi: „Zamknij oczy i myśl o Anglii!”.
No to kultura spróbowała z innej strony. Seks jest OK jeśli uprawiają go osoby wykwintne, wytworne i dobrze wychowane, uprawiany przez innych, jest brzydki. Hm… Przypomina mi się przy tej okazji stary dowcip jak to Polak chce skorzystać z toalety w Moskwie. Widzi drzwi oznaczone jako „M” i „Ż”. Jego tok myślenia jest prosty: M-mużcziny, Ż-żenszczyny. Wszedł do „M”, dostał w pysk od jakiejś kobiety, wyszedł i dowiedział się, że znaczenie skrótów jest inne: „M-milejdis, Ż-żentelmeny”.
I tym akcentem można by zakończyć rozważania o dobrym, dystyngowanym seksie i tym złym, chamskim, gdyby nie fakt, że kultura dalej sobie nie radziła w żaden inny sposób. Kobietę i mężczyznę fizycznie powinno przecież łączyć coś pięknego, a nie za przeproszeniem instalacja wydalnicza. Niemniej zmieniały się czasy.
Dziś właściwie trudno już mówić o kulturze pisanej. Powracamy do starego, dobrego pisma obrazkowego, a właściwie wręcz, szerzej: do kultury obrazkowej. Może i dobrze? Wyrażanie różnych stanów, emocji i uczuć przy pomocy ikon zdecydowanie jest prostsze niż silenie się na piękne wyrażenia w literackiej polszczyźnie. Jest też łatwiejsze w odbiorze. A na pewno łatwiej zorientować się dzięki ikonom. Podczas podróży nie sposób odczytać arabskich zawijasów czy chińskich krzaczków. Angielskie odpowiedniki nie zawsze są widoczne, pozostają więc… ikony. I świetnie. Widząc nóż i widelec, wiemy, że obok jest restauracja albo shitfood (ciekawe co na to Japończycy, którzy widelca nie znają?). Widząc literkę „i” w kółku wiemy, że to informacja (albo sprzedaż iPhone’ów). A na widok krzyża możemy być pewni, że ktoś udzieli nam pomocy w punkcie medycznym (nie wiedzieć czemu muzułmanom ten znak kojarzy się z okropną opresją najeźdźców). Ale czepiam się szczegółów. Cywilizacja obrazkowa rulez.
I tu powracamy do tematu kobiety, mężczyzny oraz tego co ich łączy. Jest przecież ikona przedstawiająca kobietę i mężczyznę razem! Nareszcie! Ale… cóż oznacza ta ikona?
To droga prowadząca do toalety. No cóż. Wróciliśmy do początku. Kobieta i mężczyzna razem mogą tylko sikać.