Tysiąc podpisów

Trzeci tom „Pomnika cesarzowej Achai” urodził się właśnie i z oddziału położniczego (czyli drukarni) nie bez przeszkód dotarł do żłobka (czyli przepastnych magazynów Firmy Księgarskiej Olesiejuk).

Nie bez przeszkód jak powiedziałem, ponieważ drukarnia wysłała nakład na lubelski adres, a nie warszawski. Wydawca więc trochę się zdziwił, kiedy wieczorem ktoś zadzwonił z portierni w Lublinie.

- Tu kurier. Mam dla was przesyłkę.

- Już prawie noc i tam nikogo nie ma – odparł Wydawca. – Proszę zostawić przesyłkę na portierni.

- Ale panie!… To przecież cały TIR! Jak go zostawić na portierni? Zresztą, nie ma tu urządzeń wyładowczych!

No cóż, w życiu tak czasem bywa. Na szczęście TIR w końcu dotarł do magazynów, których powierzchni okiem sokolim nie zmierzysz i których wielkość uczy każdego autora pokory wobec nieskończoności, do której dokłada własną drobinkę, choćby nawet ta drobinka miała wielkość TIRa. I tak zginie w ciemnawych i zimnych otchłaniach monstrualnych hangarów.

Książkę pisałem od 3 września 2012 do 12 maja 2013. Długo jak na mnie, ale też w tym przypadku wyszła rekordowa objętość – 800 stron w druku. Oczywiście od tego trzeba odliczyć zimowe wakacje i mnóstwo innych „bezpłodnych” dni, podczas których musiałem zajmować się milionem innych, fascynujących spraw. Takie jest życie i nie podskoczysz – nie da się pisać codziennie, w dni robocze, od 7:30 do 15:30 (choć znam ze dwóch autorów, którzy to potrafią – ale też nie przez cały czas, w końcu rurka im mięknie).

Potem książkę dostał Wydawca, a ja zrobiłem sobie prawdziwe, letnie wakacje. Następnie nadszedł czas korekty, pracy nad ilustracjami, okładką. Jeszcze później włączył się w cały proces dział marketingu, a potem dział produkcji. Powstanie książki to praca zespołowa, w której uczestniczy bardzo wielu ludzi, a moja rola od chwili oddania tekstu, ogranicza się tylko do bycia twarzą kampanii (nie jedyną zresztą co widać na plakatach, zdjęciach i promocyjnym filmie). I przyznam, że uwielbiam pracę w takim zespole. :-)

No ale wszystko ma swoje cienie. Specjaliści wymyślili, że w przedsprzedaży każdy czytelnik, który wejdzie do salonu będzie mógł kupić książkę z autografem. A to oznacza, że muszę podpisać… ponad tysiąc książek. Imieniem i nazwiskiem bo wzorem Hardcorowego Koksa nie uznaję lipy i żadnych uproszczonych zawijasów. To z kolei oznacza napisanie jednego dnia dwóch tysięcy słów. Odręcznie. Wydaje się mało. Ale jak zobaczyłem górę książek przed sobą to zwątpiłem.

 

 

 

 

No ale trudno. Nie ma lipy. Dwóch ludzi przesuwało książki, a ja walczyłem z bólem barku i nadgarstka. A kiedy wydawało mi się, że już kończę, pokazano mi jeszcze jedną paletę, która nie zmieściła się na pierwotnej kupie książek. Zrezygnowany usiadłem na niej, a szef Firmy Księgarskiej zapytał z odcieniem zatroskania:

- No niech mi pan powie, co jest łatwiejsze. Pisanie książek czy ich podpisywanie?

Ha, ha…

 

 

 

 

Zajęło to prawie sześć godzin. Wydaje się, że to nic takiego. Ale spróbujcie pisać cięgiem, odręcznie, sześć godzin bez przerwy. Nawet mając dwóch pomocników, którzy będą przesuwać kartki. Wysiłek niezły.

Ale nie piszę tego, żeby się żalić. Pragnę jedynie zapewnić wszystkich, którzy będą mieli ochotę mieć książkę od razu z autografem, że to nie jest żadne oszustwo. To nie stempel, nie poddruk, ani żadna sztuczka marketingowa. Wszystkie tysiąc podpisów zostało wykonane naprawdę odręcznie.

 

 

PS. Pragnę tu także podziękować producentom długopisów jednorazowych marki BIC. Chłopaki, produkujecie naprawdę niezawodny sprzęt!