Życie na swoim

Ostatnio miało w moim życiu miejsce pewne wydarzenie, które uruchomiło we mnie kilka procesów myślowych. A wydarzenie było banalne. Piszę właśnie 3 tom Pomnika cesarzowej Achai, a ponieważ Wydawca ma swój harmonogram i swoje plany czasowe, tak się złożyło, że jednocześnie musiałem, poprawiać tom drugi. Jego premiera ma nastąpić na przełomie stycznia i lutego, wiec musiałem się spieszyć. Zabawne uczucie nawiasem mówiąc. Piszę tom trzeci, a poprawiam drugi – dwa różne światy (jeden z nich już prawie zapomniany), a tu nagle zderzają się ze sobą w jednej (na szczęście z reguły pustej) głowie. No nic. Pewnego dnia otrzymują list od redaktora „Andrzej, musiałam ci skreślić całą scenę na stronie 231, ponieważ jest żywcem powtórzona z tomu 1 ze strony 175”. Jezus Maria! Tomu pierwszego to ja już w ogóle nie pamiętam i nie bardzo wiem o co tam szło. No, katastrofy nie ma, redaktor była czujna i wyłapała. Ale zdałem sobie sprawę jak bardzo nie panuję nad tekstem. Historia po prostu rodzi się w mojej głowie, rozwija się i żyje sobie zupełnie niezależnie od mojego świadomego ja. Ale to mały problem – zawsze tak pisałem, a teraz po prostu zalała mnie ilość tekstu. Druga rzecz to fakt, że od tego zdarzenia co chwilę miałem ochotę umieścić w treści tomu trzeciego zdanie w rodzaju: „Słuchaj Tomaszewski, pamiętasz jak ci mówiłem na stronie 341 tomu drugiego, że w scenie na stronie 119 brakuje opisu sprzętu…”.
To co prawda zwykłe aberracje umysłowe, które często przytrafiają się jak ktoś usiłuje tworzyć w nadmiarze. Ale mój błąd polegał nie na tym, że ich doświadczałem, ale, że poskarżyłem się znajomym…
Do dziś pamiętam te spojrzenia w rodzaju: „no nie, temu to się w głowie przewraca. Siedzi w domu, nic nie musi, nic nie robi i jeszcze pozuje na męczennika”. No tak, czemu się dziwię, przecież ja od zawsze w powszechnym mniemaniu znajomych:
1. nic nie robię
2. nie mam szefa i nie muszę wykonywać niczyich poleceń
3. Żyję sobie jak chcę, wstaję kiedy chcę, robię sobie wolne kiedy chcę (nb. wolne od czego? Skoro nic nie robię?) itd, itp…
No właśnie.
Co prawda są tacy, do których dociera prosty fakt: skoro żyję to muszę jakoś zarabiać, a więc i pracować być może. Ale tu pojawia się spore pole do interpretacji: może żona mnie utrzymuje, może krewni, a może nawet wyłudziłem jakąś cudowną rentę? No dobrze, przesadziłem: AŻ TAK to nie. Ale powoli przyzwyczajam się do myśli, że dla przytłaczającej większości otaczających mnie ludzi praca za biurkiem we własnym domu nie jest prawdziwą pracą. No i przez to ja nie znam „prawdziwego życia”.
Dodam tylko, że moi znajomi nie należą do grona pracowników fizycznych i nie kojarzą „roboty” wyłącznie z machaniem łopatą od świtu do zmierzchu. Nie jest też problemem, że pracuję w domu. Mam kolegę, który robi to samo, ale pisząc programy dla wielkiej firmy. On pracuje, ja nie. Ciekawostka. A może więc chodzi o to, że on ma szefa, a ja nie?
Nic bardziej mylnego. Mam szefa. Kiedyś pojechaliśmy z Moniką wejść na jakąś górę, dzień był powszedni, dość wcześnie i widzę, że męczą ją wyrzuty sumienia. O co chodzi? Oj bo urwałam się z pracy, a tyle mam spraw – słyszę w odpowiedzi. No to odpowiadam ja: Nie wiem czy twój szef jutro się dowie, że cię nie było. Mój szef od samego początku wie, że się dzisiaj urwałem.
No tak, i niby wszyscy się zgadzają, że bycie szefem samego sobie jest najgorsze, ale zawsze można usłyszeć jeśli mamy coś zrobić w większym gronie: ten zrobi to, a ten tamto, a ty Andrzej załatw siamto. „Ale to o jedenastej. Czemu ja, a nie ktoś z was?”. „No bo my jesteśmy w pracy” Ha, ha, ha, a ja to gdzie niby o tej porze?
No tak, czepiam się. Ja przecież nie mogę mieć poczucia obowiązku. A może inaczej: moje obowiązki zależą wyłącznie ode mnie, więc o każdej porze dnia i nocy ja wszystko powinienem, móc.
Ech. Jeśli biorę incydentalnie zajęcia na uniwersytecie to powiedzenie „w poniedziałek nie mogę bo mam zajęcia” przyjmowane jest ze zrozumieniem i nawet dozą szacunku. Jeśli nie mam zajęć i powiem: „w poniedziałek nie mogę bo pracuję” to albo ujrzę wyraz twarzy w stylu „co za świnia”, albo w najlepszym przypadku usłyszę: „a co będziesz robił?”.
„A co będziesz robił?” Dobre.
No właśnie, k[...] mać! Co ja będę robił?
Wymyślał różne historie? Pijąc kawę zastanawiał się nad istotą bytu? Słuchał muzyki? Klepał w klawisze? To nie żadna robota. Przecież i tak efektem tej klepaniny jest jakieś nędzne dwa megabajty ROCZNIE. Przez cały rok wyprodukować dwa mega? To żarty chyba.
Cóż, był czas przywyknąć.
Warto jednak zakończyć optymistycznie. Dzięki temu nie narzekam, nie domagam się od rządu niczego. Nie chcę ZUSu (który i tak nie wypłaci), nie chcę żadnej opieki od żadnej instytucji, nie chcę, żeby się ktokolwiek mną zajmował, ani w żaden sposób nie usiłował mi pomóc. Rząd niech się zajmuje swoimi sprawami, a nie mną, a Państwo, które dostaje ode mnie podatki niech jedynie ciepło mnie wspomina, a nie miesza się w cokolwiek prywatnego.
I tyle. Dodam tylko, że dziwią mnie okrzyki krzywdy, że część obywateli musi pracować na umowach śmieciowych i żądają zmiany tego stanu rzeczy. Przyznam, że od wielu lat ja sam pracuję WYŁĄCZNIE na umowach śmieciowych i bardzo sobie to chwalę. Po prostu nie boję się być swoim własnym dowódcą ponieważ mam do siebie zaufanie w kwestii obowiązku. :-)